Codzienna prasa informowała, że Trybunał Konstytucyjny obiecał, iż w paźdźierniku zajmie się mankamentami ostatniej waloryzacji emerytur i jeśli uzna, że waloryzacja nie została przeprowadzona zgodnie z Konstytucją, to na wniosek zainteresowanej osoby skierowany do ZUS, która otrzymała mniej niż powinna, ZUS będzie bezzwłocznie wypłacał wyrównanie /odszkodowanie/.
Teraz docierają do mnie inne informacje, że nie będzie automatycznego podwyższenia świadczenia, a tylko Ci, którzy pójdą do Sądu mają szanse otrzymać odszkodowanie z tym, że koszty postępowania mogą być wyższe od odszkodowania.
Porażająca informacja. Zapowiada się więc kolejna uwłaczająca dla Polaków sprawa, których nie brakuje w tym roku. Cała para na gwizdanie.
Aby do tego nie doszło, ośmielam się zapropononować proste, łatwe przejrzyste i możliwe do przyjęcia chyba przez wszystkich: Trybunał Konstytucyjny, Rząd RP, ZUS i emerytów, wręcz salomonowe rozwiązanie.
Trybunał Konstytucyjny uzna, żę ostatnia waloryzacja nie została w odniesieniu do wszystkich emerytów przeprowadzona w sposób prawidłowy, jednak ze względu na fakt, że taki sposób waloryzacji miał podtekst społeczny - pomocy emerytom o niższych emeryturach Trybunał
Konstytucyjny postanawia:
1. Utrzymać w mocy przepisy ustawy o waloryzacji na rok 2012, które dla emerytów z niższymi emeryturami są zgodne z Konstytucją.
2. Zobowiązać Rząd RP do ponownego przeliczenia emerytur na rok 2012 przyjmując zasadę ustalonego procentowego ich wzrostu. Tak wyliczone emerytury będą stanowiły prawidłową bazę do dalszej waloryzacji emerytur na rok 2013 i lata następne.
Nie mogą stanowić bazy do dalszej waloryzacji obecnie wypłacane emerytury obliczone z dodaniem takiej samej kwoty dla wszystkich emerytur. To byłoby już ogromne nadużycie, wręcz dośmiertne, bezzasadne obniżenie niektórych emerytur. Na to nie możemy się zgodzić.\
Bardzo proszę o wypowiedzi odnośnie wyżej zarysowanej propozycji spokojnego rozwiązania zaistniałej sytuacji i dopilnowania zasad prawidłowego waloryzacji emerytur na rok 2013 i lata nastepne.
Jest to blog wszechstronny, opisujący ciekawe zdarzenia z życia codziennego oraz leki i zioła dla poprawy zdrowia.
wtorek, 30 października 2012
czwartek, 25 października 2012
Buntownicy, polskie lata 70 i 80.
Zaciekawiła mnie książka pod podanym wyżej tytułem, a głównie wydrukowana na tylnej okładce wypowiedź pani Hanny Krall, że za trzydzieści...może dwadzieścia lat, ta książka będzie lekturą obowiązkową dla studentów historii.
Myślę sobie, chociaż to książka cegła - 520 stron, ale po takiej rekomendacji spróbuję ją przeczytać. Przeczytałem i mam bardzo mieszane uczucia. Dwie panie autorki, inteligentna i sympatyczna jak wynika to z treści książki Anka Grupińska i jej partnerka Joanna Wawrzyniak zadały sobie bardzo dużo trudu, aby wysłuchać, spisać i napisać wspomnienia z tamtych lat grupy częściowo zagubionych ludzi z różnych rejonów zamieszkania, młodzieży, studentów, aktorów, młodych ludzi świata nauki i kilku starszych już wtedy osób. Tych indywidualnych, głównych wspominających, mających niekiedy po kilka odcinków wspomnień jest około trzydziestu. Rejony działania opisywanej opozycji to Poznań, Wrocław, Kraków, Kielce, Warszawa. Wiele innych miejscowości jest przytaczanych w konkretnych sytuacjach. Różnych instytucji i organizacji wymienionych jest 94, a nazwiska aż 838 osób z takich, czy innych powodów przewijają się w tekście książki.
Ogromne wrażenia wywarły na mnie opisy odważnej opozycyjnej działalności tych ludzi. Wspaniali, ale trochę bezradni, zagubieni, nie do końca znający cel swojej wytrwałej, wykonywanej w trudnych warunkach pracy: pisania ulotek, drukowania, rozwożenia i roznoszenia w sytuacji braku farb, papieru,wydajnych urządzeń drukujących i niezbędnych środków finansowych. Opisywani działacze opozycyjni, to bardzo fajni ludzie. Niektórzy byli i w nomenklaturze i opozycji, niektórym pomagali nawet esbecy, ale strach przed aresztowaniem, bieda towarzyszyły im każdego dnia. Cześć im i chwała.
Ja jednak chcę również napisać, że równolegle istniała dużo, dużo, dużo wieksza częśc społeczeństwa, która normalnie pracowała. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, to były lata najszybszego rozwoju całego kraju. Budowano masowo zkłady przemysłowe, elektrownie, kopalnie, rozbudowywano stocznie, przemysł motoryzacyjny, cukrownie, fabryki domów, wytwórnie betonu komórkowego, przemysł lekki. Rozbudowywano uzdrowiska i budowano domy wczasowe z których masowo korzystali ludzie pracy i ich rodziny. W każdej dziedzine powstawało coś nowego i na tamte czasy nowoczenego. Wiele osób studiowało, robiło doktoraty, wyjeżdżało na stypendia zagraniczne, właściwie każdy kto chciał, oprócz opozycjonistów mógł realizować swoje zamierzenia. Piękne sukcesy zaczęli odnosić nasi urbaniści i architekci, którzy we właściwy sposób kształtowali osiedla ludzkie wyposażając je w place zabaw, zieleń i dostęp do słońca. Ładnie na ten temat napisała pani Magdalena Staniszkis w epilogu omawianej książki. W tymże epilogu pan Michał Bilewicz nie umie przyjąć do wiadomości mimo przeprowadzonych badań, że przeważająca większośc badanych ocenia życie przed 1989 rokiem pozytywnie na niemal wszystkich płaszczyznach- od więzi z innymi ludźmi, poczucia bezpieczeństwa, zdrowia czy pracy, po sposoby spędzania wolnego czasu i standardu życia. To co Pan napisał, że nostalgiczne opowieści o PRL wpisują się w typową strukturę narracji osób, którym się nie powiodło jest bzdurą.
Co do uczynienia z tej ksiażki lektury obowiązkowej dla studentów historii, to nie wydaje mi się, aby w wolnym kraju mogło to mieć miejsce. Historii trzeba się uczyć z różnych pólek na których leżą różne książki, również i ta.
Myślę sobie, chociaż to książka cegła - 520 stron, ale po takiej rekomendacji spróbuję ją przeczytać. Przeczytałem i mam bardzo mieszane uczucia. Dwie panie autorki, inteligentna i sympatyczna jak wynika to z treści książki Anka Grupińska i jej partnerka Joanna Wawrzyniak zadały sobie bardzo dużo trudu, aby wysłuchać, spisać i napisać wspomnienia z tamtych lat grupy częściowo zagubionych ludzi z różnych rejonów zamieszkania, młodzieży, studentów, aktorów, młodych ludzi świata nauki i kilku starszych już wtedy osób. Tych indywidualnych, głównych wspominających, mających niekiedy po kilka odcinków wspomnień jest około trzydziestu. Rejony działania opisywanej opozycji to Poznań, Wrocław, Kraków, Kielce, Warszawa. Wiele innych miejscowości jest przytaczanych w konkretnych sytuacjach. Różnych instytucji i organizacji wymienionych jest 94, a nazwiska aż 838 osób z takich, czy innych powodów przewijają się w tekście książki.
Ogromne wrażenia wywarły na mnie opisy odważnej opozycyjnej działalności tych ludzi. Wspaniali, ale trochę bezradni, zagubieni, nie do końca znający cel swojej wytrwałej, wykonywanej w trudnych warunkach pracy: pisania ulotek, drukowania, rozwożenia i roznoszenia w sytuacji braku farb, papieru,wydajnych urządzeń drukujących i niezbędnych środków finansowych. Opisywani działacze opozycyjni, to bardzo fajni ludzie. Niektórzy byli i w nomenklaturze i opozycji, niektórym pomagali nawet esbecy, ale strach przed aresztowaniem, bieda towarzyszyły im każdego dnia. Cześć im i chwała.
Ja jednak chcę również napisać, że równolegle istniała dużo, dużo, dużo wieksza częśc społeczeństwa, która normalnie pracowała. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, to były lata najszybszego rozwoju całego kraju. Budowano masowo zkłady przemysłowe, elektrownie, kopalnie, rozbudowywano stocznie, przemysł motoryzacyjny, cukrownie, fabryki domów, wytwórnie betonu komórkowego, przemysł lekki. Rozbudowywano uzdrowiska i budowano domy wczasowe z których masowo korzystali ludzie pracy i ich rodziny. W każdej dziedzine powstawało coś nowego i na tamte czasy nowoczenego. Wiele osób studiowało, robiło doktoraty, wyjeżdżało na stypendia zagraniczne, właściwie każdy kto chciał, oprócz opozycjonistów mógł realizować swoje zamierzenia. Piękne sukcesy zaczęli odnosić nasi urbaniści i architekci, którzy we właściwy sposób kształtowali osiedla ludzkie wyposażając je w place zabaw, zieleń i dostęp do słońca. Ładnie na ten temat napisała pani Magdalena Staniszkis w epilogu omawianej książki. W tymże epilogu pan Michał Bilewicz nie umie przyjąć do wiadomości mimo przeprowadzonych badań, że przeważająca większośc badanych ocenia życie przed 1989 rokiem pozytywnie na niemal wszystkich płaszczyznach- od więzi z innymi ludźmi, poczucia bezpieczeństwa, zdrowia czy pracy, po sposoby spędzania wolnego czasu i standardu życia. To co Pan napisał, że nostalgiczne opowieści o PRL wpisują się w typową strukturę narracji osób, którym się nie powiodło jest bzdurą.
Co do uczynienia z tej ksiażki lektury obowiązkowej dla studentów historii, to nie wydaje mi się, aby w wolnym kraju mogło to mieć miejsce. Historii trzeba się uczyć z różnych pólek na których leżą różne książki, również i ta.
czwartek, 18 października 2012
Zalany Stadion Narodowy.
Nie będę szukał winnych, ja ich po prostu wskaże i na tym tle postawię wnioski.
Pierwszym i głównym winowajcą jest dla mnie PZPN. Odpowiada za uczestnictwo polskich drużyn piłkarskich w różnych kwalifikacjach, eliminacjach i rozgrywkach. To ta organizacja niezależnie od tego, komu co zleca, powinna wszystkiego należycie dopilnować, a w ostatnim przypadku również zamknięcia dachu i należytego przygotowania murawy.
WNIOSEK I
W PZPN potrzebne są zmiany i te jak gdyby w odpowiedzi na to co zaszło szybko nadchodzą. Tu będziemy mieli problem rozwiązany.
Drugim winnym jest komisarz FIFA, który ma jak widać za duże uprawnienia w pewnych sprawach. Komisarz FIFA może przyjechać i stwierdzić, że pod podanym mu adresem znajduje się stadion piłkarski, później pójść na mecz, obserwować jego przebieg i złożyć władzom FIFA stosowne sprawozdanie. Za przygotowanie obiektu, jego działanie i bezpieczeństwo odpowiadają tylko i wyłącznie organizatorzy. Nikt więcej - tylko oni.
WNIOSEK II.
PZPN w oparciu o to co stało się w Warszawie, powinien wystąpić do FIFA z wnioskiem o ograniczenie kompetencji komisarza. Nie zna konstrukcji obiektu, jego możliwości, a podejmuje decyzję. Również trenerzy drużyn reprezentacji nie powinni mieć nic do powiedzenia w sprawie przygotowań obiektu. Owszem mogą wyrażać swoje zdanie i opinię, ale nie wiążące dla organizatorów. Żadna zbiorowa odpowiedzialność nie istnieje. Jedynym odpowiedzialnym musi być organizator imprezy.
Trzecim winnym jest Szef Narodowego Centrum Sportu, bo nie wywiązał się ze zleconego i przyjętego do wykonania zadania. Nie był przygotowany do niczego, nawet gdy deszcz lał mu się już za kołnierz nie podjął żadnych działań.
WNIOSEK III.
Trzeba dobrze prześwietlić całą organizację i podziękować tym, którzy nie wywiązali się ze swojego obowiązku, nie zgłosili narastającego zagrożenia, można przypuszczać, że nie domagali się zmiany decyzji, nie skontaktowali się bezpośrednio z FIFA, pomijając komisarza w tej sprawie.
Czwartym winnym jest Minister Sportu, której te firmy czy organizacje w takiej czy innej formie podlegają.
WNIOSEK IV.
Pan Premier RP nie powinien przejść obojętnie nad zaistniałą sytuacją. Nie można utrzymywać ludzi na stanowiskach do których niedorośli, a takich w tym rządzie jest więcej. Jeśli ich Pan nie powymienia, to nikt inny tylko oni Pana podtopią, jak dopuścili mimo dachu do podtopienia Stadionu Narodowego.
Pierwszym i głównym winowajcą jest dla mnie PZPN. Odpowiada za uczestnictwo polskich drużyn piłkarskich w różnych kwalifikacjach, eliminacjach i rozgrywkach. To ta organizacja niezależnie od tego, komu co zleca, powinna wszystkiego należycie dopilnować, a w ostatnim przypadku również zamknięcia dachu i należytego przygotowania murawy.
WNIOSEK I
W PZPN potrzebne są zmiany i te jak gdyby w odpowiedzi na to co zaszło szybko nadchodzą. Tu będziemy mieli problem rozwiązany.
Drugim winnym jest komisarz FIFA, który ma jak widać za duże uprawnienia w pewnych sprawach. Komisarz FIFA może przyjechać i stwierdzić, że pod podanym mu adresem znajduje się stadion piłkarski, później pójść na mecz, obserwować jego przebieg i złożyć władzom FIFA stosowne sprawozdanie. Za przygotowanie obiektu, jego działanie i bezpieczeństwo odpowiadają tylko i wyłącznie organizatorzy. Nikt więcej - tylko oni.
WNIOSEK II.
PZPN w oparciu o to co stało się w Warszawie, powinien wystąpić do FIFA z wnioskiem o ograniczenie kompetencji komisarza. Nie zna konstrukcji obiektu, jego możliwości, a podejmuje decyzję. Również trenerzy drużyn reprezentacji nie powinni mieć nic do powiedzenia w sprawie przygotowań obiektu. Owszem mogą wyrażać swoje zdanie i opinię, ale nie wiążące dla organizatorów. Żadna zbiorowa odpowiedzialność nie istnieje. Jedynym odpowiedzialnym musi być organizator imprezy.
Trzecim winnym jest Szef Narodowego Centrum Sportu, bo nie wywiązał się ze zleconego i przyjętego do wykonania zadania. Nie był przygotowany do niczego, nawet gdy deszcz lał mu się już za kołnierz nie podjął żadnych działań.
WNIOSEK III.
Trzeba dobrze prześwietlić całą organizację i podziękować tym, którzy nie wywiązali się ze swojego obowiązku, nie zgłosili narastającego zagrożenia, można przypuszczać, że nie domagali się zmiany decyzji, nie skontaktowali się bezpośrednio z FIFA, pomijając komisarza w tej sprawie.
Czwartym winnym jest Minister Sportu, której te firmy czy organizacje w takiej czy innej formie podlegają.
WNIOSEK IV.
Pan Premier RP nie powinien przejść obojętnie nad zaistniałą sytuacją. Nie można utrzymywać ludzi na stanowiskach do których niedorośli, a takich w tym rządzie jest więcej. Jeśli ich Pan nie powymienia, to nikt inny tylko oni Pana podtopią, jak dopuścili mimo dachu do podtopienia Stadionu Narodowego.
sobota, 22 września 2012
Wycena nieruchomości.
Nakaz chwili, to zmiana zasad wyceny nieruchomości metodą porównawczą dla ustalania opłat z tytułu użytkowania wieczystego gruntów.
Muszę się oprzeć na konkretnych faktach. Rzeczoznawca majątkowy ustalił cenę metra kwadratowego naszej zabudowanej spółdzielczej działki na 3051 złotych, na podstawie cen trzech, a nie czterech lub pięciu innych nieruchomości z których jedna dodatkowo przeznaczona jest pod budownictwo biurowe, a nie mieszkaniowe i położona znacznie bliżej centrum Warszawy. Na naszej działce stoi budynek z wielkiej płyty wybudowany w 1990 roku. Ceny nowych mieszkań w naszej okolicy wahają się od 5500 do 6500 złotych brutto za jeden metr kwadratowy, a w naszym bloku metr kwadratowy wyceniany jest na 5000 zł. Udział metra kwadratowego działki w metrze kwadratowym mieszkania stanowi więc: 3051 : 5000 = 0,6202, to znaczy ponad 62 procent. Jasno z tego wynika, że system dokonywania wycen pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi stosowany obecnie, powinien i musi opierać się na innych zasadach.
Dla przeceny gruntów pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi, bardziej logicznym będzie branie pod uwagę udziału wartości gruntu w metrze kwadratowym istniejącego mieszkania, niż obciążanie go wydumaną, wziętą z powietrza ceną niby porównywalnego gruntu. Obecnie udział wartości gruntu w wartości metra kwadratowego nowego mieszkania poza centrum Warszawy wynosi średnio około 1000 złotych, a dwudziestodwuletniego zbudowanego z wielkiej płyty tylko około 600 złotych.
Rzeczoznawca powinien wiedzieć, że planując budowę domu wielomieszkaniowego wychodzi się od ceny po której można sprzedać metr kwadratowy mieszkania. Z otrzymanych warunków zabudowy, developer wylicza możliwą do uzyskania powierzchnię użytkową i wylicza wartość inwestycji. Liczy koszt budowy mieszkań, przyłączy, dokumentacji, nadzoru, robót dodatkowych, koszt marketingu, koszt sprzedaży, koszt kredytu i planowany zysk developera. Odejmując od wartości inwestycji tak obliczony koszt budowy, otrzymuje kwotę, którą może wydać na zakup działki i odpowiednio obciążyć koszt metra kwadratowego powierzchni użytkowej.
Obecnie żaden developer nie może sobie pozwolić, by kwota ta przekroczyła w zależności od lokalizacji 800 do 1100 złotych. W zasadzie to to nie ma to tak wielkiego znaczenia gdzie buduje, bo nawet jeśli w Śródmieściu Warszawy zapłaci za grunt 8000 zł/m2, to wykorzysta teren pod zabudowę w 80 procentach i zbuduje tak wysoki budynek, że obciążenie zakupem drogiego gruntu i tak nie przekroczy 1500 zł. na metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkania.
Mieszkanie łatwiej wycenić niż grunt pod nim i dlatego do wyceny gruntu pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi powinno się stosować prostą i już właściwie funkcjonującą w społeczeństwie zasadę wyceny gruntu jako składową kosztu metra kwadratowego mieszkania.
Maksymalny koszt udziału gruntu powinien wynosić:
-w centrum Warszawy i miast wojewódzkich 15 do 20 %
- w pozostałych dzielnicach 10 do 15
- w miastach powiatowych 5 do 10 %
- w gminach do 8 %.
Powierzchnia biologicznie czynna, czy też ogólnie tereny zielone, powinny być wyceniana maksymalnie jako połowa ceny gruntu pod budynkami mieszkalnymi, a nigdy 100 % jak to ma miejsce obecnie.
Muszę się oprzeć na konkretnych faktach. Rzeczoznawca majątkowy ustalił cenę metra kwadratowego naszej zabudowanej spółdzielczej działki na 3051 złotych, na podstawie cen trzech, a nie czterech lub pięciu innych nieruchomości z których jedna dodatkowo przeznaczona jest pod budownictwo biurowe, a nie mieszkaniowe i położona znacznie bliżej centrum Warszawy. Na naszej działce stoi budynek z wielkiej płyty wybudowany w 1990 roku. Ceny nowych mieszkań w naszej okolicy wahają się od 5500 do 6500 złotych brutto za jeden metr kwadratowy, a w naszym bloku metr kwadratowy wyceniany jest na 5000 zł. Udział metra kwadratowego działki w metrze kwadratowym mieszkania stanowi więc: 3051 : 5000 = 0,6202, to znaczy ponad 62 procent. Jasno z tego wynika, że system dokonywania wycen pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi stosowany obecnie, powinien i musi opierać się na innych zasadach.
Dla przeceny gruntów pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi, bardziej logicznym będzie branie pod uwagę udziału wartości gruntu w metrze kwadratowym istniejącego mieszkania, niż obciążanie go wydumaną, wziętą z powietrza ceną niby porównywalnego gruntu. Obecnie udział wartości gruntu w wartości metra kwadratowego nowego mieszkania poza centrum Warszawy wynosi średnio około 1000 złotych, a dwudziestodwuletniego zbudowanego z wielkiej płyty tylko około 600 złotych.
Rzeczoznawca powinien wiedzieć, że planując budowę domu wielomieszkaniowego wychodzi się od ceny po której można sprzedać metr kwadratowy mieszkania. Z otrzymanych warunków zabudowy, developer wylicza możliwą do uzyskania powierzchnię użytkową i wylicza wartość inwestycji. Liczy koszt budowy mieszkań, przyłączy, dokumentacji, nadzoru, robót dodatkowych, koszt marketingu, koszt sprzedaży, koszt kredytu i planowany zysk developera. Odejmując od wartości inwestycji tak obliczony koszt budowy, otrzymuje kwotę, którą może wydać na zakup działki i odpowiednio obciążyć koszt metra kwadratowego powierzchni użytkowej.
Obecnie żaden developer nie może sobie pozwolić, by kwota ta przekroczyła w zależności od lokalizacji 800 do 1100 złotych. W zasadzie to to nie ma to tak wielkiego znaczenia gdzie buduje, bo nawet jeśli w Śródmieściu Warszawy zapłaci za grunt 8000 zł/m2, to wykorzysta teren pod zabudowę w 80 procentach i zbuduje tak wysoki budynek, że obciążenie zakupem drogiego gruntu i tak nie przekroczy 1500 zł. na metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkania.
Mieszkanie łatwiej wycenić niż grunt pod nim i dlatego do wyceny gruntu pod istniejącymi budynkami mieszkalnymi powinno się stosować prostą i już właściwie funkcjonującą w społeczeństwie zasadę wyceny gruntu jako składową kosztu metra kwadratowego mieszkania.
Maksymalny koszt udziału gruntu powinien wynosić:
-w centrum Warszawy i miast wojewódzkich 15 do 20 %
- w pozostałych dzielnicach 10 do 15
- w miastach powiatowych 5 do 10 %
- w gminach do 8 %.
Powierzchnia biologicznie czynna, czy też ogólnie tereny zielone, powinny być wyceniana maksymalnie jako połowa ceny gruntu pod budynkami mieszkalnymi, a nigdy 100 % jak to ma miejsce obecnie.
sobota, 18 sierpnia 2012
Sitwa, klika
Kto w sitwie stoi, ten krowę wydoi.
Sitwa. To słowo robi obecnie oszałamiającą karierę. Jest subtelniejsze od innych określających pewnego rodzaju zachowania grup społecznych, a jednocześnie bardziej zagadkowe i niepokojące.
Bardziej pospolite i bardziej pejoratywne określenia związane z różnymi zachowaniami różnych grup zawodowych, biznesowych, wyznaniowych są nazywane jako:
banda, bractwo, ferajna, gang, granda, gromada, grupa nieformalna, kamorra, klika, koteria, kompania, mafia, paczka, siatka, szajka, zgraja, zmowa itd.
Dla każdego z tych określeń można sprecyzować przybliżoną definicję oddającą ducha nazwy tej grupy. Wtedy natychmiast okaże się, że dla działalności właściwie określonych grup, nie ma przyzwolenia społecznego. Nie ma go dla bandy, gangów, grand, klanów, mafii, siatki, szajki i zgrai.
No, a co w takim razie z pozostałymi. One mieszczą się w dwóch głównych określeniach: sitwie i klice i są ich różnymi odmianami. Wprawdzie tu przyzwolenia również nie ma, ale ze względu na to, że skutki działania sitwy czy kliki zazwyczaj nie uderzają bezpośrednio w nikogo indywidualnie /poza nielicznymi/, to czujność społeczna jest częściowo uśpiona. To stwarza pozytywne przesłanki dla powstawania i działania sitw, klik i ich łagodniejszych odłamów.
Sitwa.
Zamierzone długofalowe działanie grupy osób bez zdecydowanego przywództwa. Zazwyczaj wszyscy mniej lub bardziej się znają i wzajemnie popierają. Wykorzystują swoje pozycje społeczne i zawodowe dla osiągnięcia wielorakich korzyści osobistych i grupowych - natychmiast lub rozłożonych w czasie.
Sitwa działa bez zahamowań i skrupułów w stosunku do innych grup i osób. Byle więcej, byle szybciej, ale zawsze w myśl zasady - ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Nie każdy dostaje równo,ale trzeba pamiętać, że, kto w sitwie stoi ten krowę wydoi.
Sitwy egzystują obok siebie. Zwykle się nie popierają, ale również nie zwalczają, chyba, że ktoś lub coś im bezpośrednio zagraża.
Klika.
Grupa osób swym zasięgiem mniejsza od sitwy. Członkowie lepiej i bliżej nawzajem się znają niż w sitwie, ale podobnie jak sitwa wykorzystują swoje pozycje zawodowe, kumoterskie, koleżeńskie i społeczne w celu osiągnięcia własnych korzyści, bez oglądania się na skutki swoich działań w stosunku do innych osób.
Tam gdzie działają sitwy i kliki, "obcym' trudno jest pracować, aczkolwiek są potrzebni jako roboty, bo ich nieświadomymi, ukierunkowanymi działaniami, można osiągnąć to co zamierzone.
Na tle działalności tych wszystkich szkodliwych, nieformalnych grup nasuwają się proste, ale trudne do realizacji wnioski. Powinny być tępione z urzędu. Nie jest to łatwe, ale takie postawienie tej sprawy może zadziałać jako straszak i ograniczyć dalszy rozwój tych szkodliwych, różnej maści grup cwaniaczków.
Sitwa. To słowo robi obecnie oszałamiającą karierę. Jest subtelniejsze od innych określających pewnego rodzaju zachowania grup społecznych, a jednocześnie bardziej zagadkowe i niepokojące.
Bardziej pospolite i bardziej pejoratywne określenia związane z różnymi zachowaniami różnych grup zawodowych, biznesowych, wyznaniowych są nazywane jako:
banda, bractwo, ferajna, gang, granda, gromada, grupa nieformalna, kamorra, klika, koteria, kompania, mafia, paczka, siatka, szajka, zgraja, zmowa itd.
Dla każdego z tych określeń można sprecyzować przybliżoną definicję oddającą ducha nazwy tej grupy. Wtedy natychmiast okaże się, że dla działalności właściwie określonych grup, nie ma przyzwolenia społecznego. Nie ma go dla bandy, gangów, grand, klanów, mafii, siatki, szajki i zgrai.
No, a co w takim razie z pozostałymi. One mieszczą się w dwóch głównych określeniach: sitwie i klice i są ich różnymi odmianami. Wprawdzie tu przyzwolenia również nie ma, ale ze względu na to, że skutki działania sitwy czy kliki zazwyczaj nie uderzają bezpośrednio w nikogo indywidualnie /poza nielicznymi/, to czujność społeczna jest częściowo uśpiona. To stwarza pozytywne przesłanki dla powstawania i działania sitw, klik i ich łagodniejszych odłamów.
Sitwa.
Zamierzone długofalowe działanie grupy osób bez zdecydowanego przywództwa. Zazwyczaj wszyscy mniej lub bardziej się znają i wzajemnie popierają. Wykorzystują swoje pozycje społeczne i zawodowe dla osiągnięcia wielorakich korzyści osobistych i grupowych - natychmiast lub rozłożonych w czasie.
Sitwa działa bez zahamowań i skrupułów w stosunku do innych grup i osób. Byle więcej, byle szybciej, ale zawsze w myśl zasady - ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Nie każdy dostaje równo,ale trzeba pamiętać, że, kto w sitwie stoi ten krowę wydoi.
Sitwy egzystują obok siebie. Zwykle się nie popierają, ale również nie zwalczają, chyba, że ktoś lub coś im bezpośrednio zagraża.
Klika.
Grupa osób swym zasięgiem mniejsza od sitwy. Członkowie lepiej i bliżej nawzajem się znają niż w sitwie, ale podobnie jak sitwa wykorzystują swoje pozycje zawodowe, kumoterskie, koleżeńskie i społeczne w celu osiągnięcia własnych korzyści, bez oglądania się na skutki swoich działań w stosunku do innych osób.
Tam gdzie działają sitwy i kliki, "obcym' trudno jest pracować, aczkolwiek są potrzebni jako roboty, bo ich nieświadomymi, ukierunkowanymi działaniami, można osiągnąć to co zamierzone.
Na tle działalności tych wszystkich szkodliwych, nieformalnych grup nasuwają się proste, ale trudne do realizacji wnioski. Powinny być tępione z urzędu. Nie jest to łatwe, ale takie postawienie tej sprawy może zadziałać jako straszak i ograniczyć dalszy rozwój tych szkodliwych, różnej maści grup cwaniaczków.
niedziela, 22 lipca 2012
Spółdzielnie mieszkaniowe - i co z nimi dalej..
Prasa donosi, że opracowywany jest projekt ustawy dotyczący spółdzielni mieszkaniowych, który ma wprowadzić wiele zmian i ułatwień dla spółdzielców. Zasad działania spółdzielni drobnymi zmianami, nie da się poprawić. Tu potrzebne są radykalne zmiany - przekształcenie spółdzielni tam, gdzie to jest możliwe we Wspólnoty Mieszkaniowe lub ich likwidacja i przejęcie mienia likwidowanych spółdzielni przez gminy. Drugi wariant, to zasadnicza zmiana działania. Musi zaistnieć nowa ustawa. Z kosmetycznymi poprawkami dajmy sobie spokój.
Przytoczę teraz kilka opinii i wypowiedzi zebranych z prasy i internetu.
Spółdzielnie mieszkaniowe stanowią "państwo w państwie", kolesie sprawdzają kolesiów. Rady Nadzorcze są na usługach prezesów. Dla prezesów praca w spółdzielni, to prawdziwe eldorado. Przetargi ustawione. Kumoterstwo i traktowanie miejsca pracy,jako prywatnego folwarku. Fałszywe wybory na następną kadencję. Jawna korupcja. Dlaczego prawo nie jest zmieniane. Ludzie oni na nas żerują, a my musimy zanieść ostatnie grosze do spółdzielni, żeby prezes żył w luksusie. Prokurator powinien prześwietlić prezesów.
Moim zdaniem jest kilka powodów wszelkiego zła występującego w spółdzielniach. Wszystkie powinny być wyeliminowane w nowej ustawie. Złym rozwiązaniem w praktyce okazała się trój władza, którą w spółdzielniach stanowi - Walne Zgromadzenie /WZ/, Rada Nadzorcza /RN/, Zarząd /Z/.
WZ jest najwyższym organem spółdzielni, ale może podejmować uchwały jedynie w sprawach objętych porządkiem obrad - ustalonym najczęściej 21 dni temu. Najważniejszy organ, ma więc odebraną władzę w sprawach bieżących. Prawo spółdzielcze w art. 41 stwierdza, że uchwały podejmowane są zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy upragnionych do głosowania, chyba że ustawa lub statut stanowią inaczej. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Leży przede mną statut zarejestrowany przez Sąd Rejonowy i obowiązujący od 2008 roku, który w tej kwestii zawiera następujące postanowieni - "WZ jest ważne niezależnie od liczby obecnych na nim członków spółdzielni", a dalej - uchwały WZ obowiązują wszystkich członków spółdzielni oraz wszystkie jej organy. To rozwiązanie usankcjonowane przez prawo, umożliwia powstawanie klik, dowolne manipulowanie i sterowanie wszystkimi organami przez prezesów. Kilkanaście procent głosów na WZ ma dotyczyć i obowiązywać 100% członków danej spółdzielni.
WNIOSEK I. Należy przywrócić wymóg poparcia danej uchwały przez minimum 51% rzeczywistych członków spółdzielni. Głosy można zbierać tak jak we Wspólnotach.
WNIOSEK II. W nowej ustawie należy zlikwidować RN. Zlikwidowanie RN zwiąże Zarząd z WZ, a więc ze spółdzielcami, bo nikt już ich w niczym, wbrew ich woli wyręczał nie będzie.
WNIOSEK III. Prezesa powinno powoływać i odwoływać WZ i ustalać dla niego stosowne wynagrodzenie.
WNIOSEK IV. Prezes powinien mieć przygotowanie zawodowe do pełnienia takiej funkcji, a więc posiadać licencję zarządcy nieruchomości lub pośrednika w obrocie nieruchomościami. Raz na zawsze trzeba skończyć z amatorstwem w spółdzielniach mieszkaniowych, bo to jedna z przyczyn różnych nieprawidłowości.
WNIOSEK V. W przypadku, gdy w danej spółdzielni uwłaszczyła się ponad połowa spółdzielców i skupiają w sobie większość majątku z mocy prawa, bez żadnej alternatywy powstaje Wspólnota Mieszkaniowa, która jest nowoczesną formą zarządzania zasobami mieszkaniowymi.
WNIOSEK VI. Koniecznie trzeba wprowadzić przepis stanowiący o tym, że nie udzielenie Zarządowi absolutorium na WZ, jest równoznaczne z jego w tym momencie odwołaniem.
Przytoczę teraz kilka opinii i wypowiedzi zebranych z prasy i internetu.
Spółdzielnie mieszkaniowe stanowią "państwo w państwie", kolesie sprawdzają kolesiów. Rady Nadzorcze są na usługach prezesów. Dla prezesów praca w spółdzielni, to prawdziwe eldorado. Przetargi ustawione. Kumoterstwo i traktowanie miejsca pracy,jako prywatnego folwarku. Fałszywe wybory na następną kadencję. Jawna korupcja. Dlaczego prawo nie jest zmieniane. Ludzie oni na nas żerują, a my musimy zanieść ostatnie grosze do spółdzielni, żeby prezes żył w luksusie. Prokurator powinien prześwietlić prezesów.
Moim zdaniem jest kilka powodów wszelkiego zła występującego w spółdzielniach. Wszystkie powinny być wyeliminowane w nowej ustawie. Złym rozwiązaniem w praktyce okazała się trój władza, którą w spółdzielniach stanowi - Walne Zgromadzenie /WZ/, Rada Nadzorcza /RN/, Zarząd /Z/.
WZ jest najwyższym organem spółdzielni, ale może podejmować uchwały jedynie w sprawach objętych porządkiem obrad - ustalonym najczęściej 21 dni temu. Najważniejszy organ, ma więc odebraną władzę w sprawach bieżących. Prawo spółdzielcze w art. 41 stwierdza, że uchwały podejmowane są zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy upragnionych do głosowania, chyba że ustawa lub statut stanowią inaczej. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Leży przede mną statut zarejestrowany przez Sąd Rejonowy i obowiązujący od 2008 roku, który w tej kwestii zawiera następujące postanowieni - "WZ jest ważne niezależnie od liczby obecnych na nim członków spółdzielni", a dalej - uchwały WZ obowiązują wszystkich członków spółdzielni oraz wszystkie jej organy. To rozwiązanie usankcjonowane przez prawo, umożliwia powstawanie klik, dowolne manipulowanie i sterowanie wszystkimi organami przez prezesów. Kilkanaście procent głosów na WZ ma dotyczyć i obowiązywać 100% członków danej spółdzielni.
WNIOSEK I. Należy przywrócić wymóg poparcia danej uchwały przez minimum 51% rzeczywistych członków spółdzielni. Głosy można zbierać tak jak we Wspólnotach.
WNIOSEK II. W nowej ustawie należy zlikwidować RN. Zlikwidowanie RN zwiąże Zarząd z WZ, a więc ze spółdzielcami, bo nikt już ich w niczym, wbrew ich woli wyręczał nie będzie.
WNIOSEK III. Prezesa powinno powoływać i odwoływać WZ i ustalać dla niego stosowne wynagrodzenie.
WNIOSEK IV. Prezes powinien mieć przygotowanie zawodowe do pełnienia takiej funkcji, a więc posiadać licencję zarządcy nieruchomości lub pośrednika w obrocie nieruchomościami. Raz na zawsze trzeba skończyć z amatorstwem w spółdzielniach mieszkaniowych, bo to jedna z przyczyn różnych nieprawidłowości.
WNIOSEK V. W przypadku, gdy w danej spółdzielni uwłaszczyła się ponad połowa spółdzielców i skupiają w sobie większość majątku z mocy prawa, bez żadnej alternatywy powstaje Wspólnota Mieszkaniowa, która jest nowoczesną formą zarządzania zasobami mieszkaniowymi.
WNIOSEK VI. Koniecznie trzeba wprowadzić przepis stanowiący o tym, że nie udzielenie Zarządowi absolutorium na WZ, jest równoznaczne z jego w tym momencie odwołaniem.
niedziela, 17 czerwca 2012
Plecie jak Obama.
Mam wewnętrzną potrzebę podzielenia się z wszystkimi Polakami, ludźmi dobrej woli sprawą konieczności upamiętnienia karygodnej wypowiedzi Prezydenta Stanów Zjednoczonych, pana Baracka Obamy na temat obozów koncentracyjnych w Polsce.
Nie chcę Mu specjalnie dokuczyć, bo błądzenie jest rzeczą ludzką. Taki dostał tekst przemówienia, sam chyba kiepsko zna historię powszechną, więc się nie zastanowił i przeczytał i haniebnie oskarżył Polaków potwornymi zbrodniami względem innych narodowości.
Szukam solidnego porzekadła, przysłowia, które na wieki pokaże kłamstwo i niefrasobliwość Baracka Obamy.
Uważam, że powinniśmy wybrać, wymyślić, ustalić, takie powiedzenie, porzekadło, przysłowie, które będzie nawiązywało do tej wielkiej niezręczności i naszej wielkiej krzywdy zarazem.
Oto jakie porzekadła mnie się nasuwają.
Plecie jak Obama
Truje jak Obama
Zakłamany jak Obama
Nie wie co czyta jak Obama
Czyta jak Obama
Wykształcony jak Obama
Ograniczony jak Obama
Zadufany jak Obama
Pokrętny jak Obama
Wredny jak Obama
Antypolski jak Obama
Błaźni się jak Obama
Mąci jak Obama
Insynuuje jak Obama
Plagiator jak Pbama
Matacz jak Obama
Nic trafniejszego, mniej znanego i trochę bardziej zjadliwego nie przychodzi mi do głowy. Może jednak komuś coś takiego się nasunie i utrwalimy to w formie porzekadła lub przysłowia, które na wieki ośmieszy fałszywe oceny, zakłamanie i brak poczucia odpowiedzialności za swoje słowa oraz brak odwagi dla koniecznego publicznego przeproszenia obrażonych. Pomyślmy trochę.
Nie chcę Mu specjalnie dokuczyć, bo błądzenie jest rzeczą ludzką. Taki dostał tekst przemówienia, sam chyba kiepsko zna historię powszechną, więc się nie zastanowił i przeczytał i haniebnie oskarżył Polaków potwornymi zbrodniami względem innych narodowości.
Szukam solidnego porzekadła, przysłowia, które na wieki pokaże kłamstwo i niefrasobliwość Baracka Obamy.
Uważam, że powinniśmy wybrać, wymyślić, ustalić, takie powiedzenie, porzekadło, przysłowie, które będzie nawiązywało do tej wielkiej niezręczności i naszej wielkiej krzywdy zarazem.
Oto jakie porzekadła mnie się nasuwają.
Plecie jak Obama
Truje jak Obama
Zakłamany jak Obama
Nie wie co czyta jak Obama
Czyta jak Obama
Wykształcony jak Obama
Ograniczony jak Obama
Zadufany jak Obama
Pokrętny jak Obama
Wredny jak Obama
Antypolski jak Obama
Błaźni się jak Obama
Mąci jak Obama
Insynuuje jak Obama
Plagiator jak Pbama
Matacz jak Obama
Nic trafniejszego, mniej znanego i trochę bardziej zjadliwego nie przychodzi mi do głowy. Może jednak komuś coś takiego się nasunie i utrwalimy to w formie porzekadła lub przysłowia, które na wieki ośmieszy fałszywe oceny, zakłamanie i brak poczucia odpowiedzialności za swoje słowa oraz brak odwagi dla koniecznego publicznego przeproszenia obrażonych. Pomyślmy trochę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)